poniedziałek, 21 lutego 2022

Częstochowa kulturalna

 


Przed Wami drodzy czytelnicy obiecany już jakiś czas temu wpis o kulturalnej ofercie Częstochowy. A ta, wbrew pozorom jest nader bogata. Jest to kontynuacja wpisu z 2020 roku, który można przeczytać, klikając tutaj: https://kapeluszimapa.blogspot.com/2020/11/aleje-nmp-w-tle-jasna-gora-to-miasto.html

 

Kościół św. Jakuba

Moim zdaniem trzema najważniejszymi instytucjami, przedstawiającymi, kreującymi i promującymi kulturę miasta są: Filharmonia Częstochowska im. Bronisława Hubermana - gdzie oprócz koncertów muzyki klasycznej, występów chórzystów czy pieśniarzy, można posłuchać także gwiazd muzyki pop. Rok temu grała tam choćby Sanah. Ważną instytucją kultury miasta jest  Teatr im. Adama Mickiewicza, promujący sztuki te niszowe, jak i komercyjne - np. słynny Mayday grany przecież w tym roku. Oczywiście Muzeum Częstochowskie, które tak naprawdę scala kilka obiektów, rozsianych po całej Częstochowie, z arcyciekawą Galerią Dobrej Sztuki czy nietuzinkowym Muzeum Archeologicznym na Rakowie. Są inne instytucje, jak Miejska Galeria Sztuki z Kinem Studyjnym OKF „Iluzja", kina, kluby. Trudno by było wszystko tutaj wymienić. Skupię się tylko na wybranych obiektach, którym poświęcę więcej uwagi. Oczywistym jest, że żeby odkryć kulturalnie miasto, trzeba robić to samemu, bo gust gustowi nierówny. 

 

Filharmonia Częstochowska

Teatr im. Adama Mickiewicza


Zaczynam od Muzeum Częstochowskiego, znajdującego się w budynku odnowionego niedawno Ratusza. Można tam, na wystawach stałych zobaczyć dzieje miasta od prahistorii aż do XX wieku. Mamy tutaj m.in. artefakty czasów kultury łużyckiej, przez znaleziska średniowieczne, po okres zaborów i wojen aż do odzyskania niepodległości. Szczerze, brakuje towarzyszącego przewodnika, chociaż trzeba docenić starania (stróża?), który zręcznie odpowiadał na co niektóre pytania. Warto wspiąć na na wieżę ratuszową, by popodziwiać widoki miasta i okolic. Ciekawe są wystawy czasowe, obecnie jest to wystawa banknotów VaBank - banknoty na ziemiach polskich. Polecam śledzić strony internetowe Muzeum Częstochowskiego, celem sprawdzenia tematyki wystaw czasowych.

 



Widoczki z wieży ratuszowej. W tle Bazylika Archikatedralna

 
Jesteśmy w Galerii Dobrej Sztuki, która mieści się w Alejach NMP, w zabytkowej kamienicy zbudowanej w 1875 r. w stylu klasycystycznym. Początkowo była siedzibą duchowieństwa prawosławnego, stąd jej nazwa – Popówka; później domem biskupa rzymskokatolickiego. W latach międzywojennych stacjonowało tu dowództwo 7 Dywizji Piechoty, a po 1945 r. do lat 70. XX w. Powiatowy Sztab Wojskowy. W 1973 r. obiekt przekazano Muzeum Częstochowskiemu z przeznaczeniem na stałą wystawę malarstwa polskiego, prezentowaną do 1996 r. Potem Galerię zamknięto. Po kilkunastoletniej przerwie spowodowanej remontem obiektu i zmianą jego funkcji, wystawa dzieł sztuki polskiej powróciła do Popówki. Od 2013 r. można tutaj zwiedzać stałą wystawę malarstwa i grafiki polskiej zatytułowaną „Sztuka Polska XIX i XX wieku” oraz wystawy zmienne. Ekspozycja prezentuje ok. 100 dzieł z kolekcji częstochowskiego Muzeum. Scenariusz wystawy obejmuje sztukę okresu Młodej Polski oraz twórczość modernistyczną powstałą po zakończeniu I wojny światowej. Wystarczy wspomnieć nazwiska: Malczewski, Wyspiański, Mehoffer, Wyczółkowski i chyba nic więcej nie trzeba dodawać...
 
 



 
 A teraz jesteśmy w Rezerwacie Archeologicznym w dzielnicy Raków. Nowoczesny, aczkolwiek mały pawilon prezentuje fragment cmentarzyska z wczesnej epoki żelaza (ok. 750 - 500 lat p.n.e.) o mieszanym obrządku pogrzebowym szkieletowym i ciałopalnym. Co ciekawe, cmentarz odkryto przypadkiem, przy budowie wiaduktu w ramach Alei Pokoju. Odkryto 85 pochówków, z czego 44 szkieletowe i 25 ciałopalnych. Do grobów składano naczynia ceramiczne, które nierzadko wypełnione były kośćmi zwierzęcymi, co świadczyłoby o próbie zapewnienia ostatniego posiłku osobie udającej się w zaświaty. Wszystkie głowy szkieletów, skierowane były na południe. Znaleziono także gliniane grzechotki, odkryto ozdoby w formie bransolet czy naszyjników. Oprócz bardzo kunsztownych wyrobów ceramicznych, przedstawiciele kultury łużyckiej opanowali trudną i precyzyjną sztukę wyrobu narzędzi z brązu i żelaza. Ciekawostką są dwie bransolety, wykonane z żelaza meteorytowego z dużą zawartością niklu. Na jednej z czaszek widoczne są ślady po trepanacji, co w tych czasach było zabiegiem wręcz epokowym. Uważa się, że pacjent mógł przeżyć zabieg, gdyż widać wokół otworu zrosty bliznowe. Warto zobaczyć.
 
 


Bransolety z przetopu meteorytu


Czaszka po trepanacji

Wstąpiłem jeszcze do Domu Poezji - Muzeum Haliny Poświatowskiej, które znajduje się przy ul. Jasnogórskiej 23. To trochę na uboczu i trzeba być czujnym by nie przegapić budynku, w którym po wojnie zamieszkała rodzina Mygów. Helena Myga (imię zmienione oficjalnie na Halina w roku 1961) urodziła się 9 maja 1935 r. w Częstochowie, przy ul. 7 Kamienic. Miejsce to upamiętnia dziś tablica z wizerunkiem poetki i słowami z jej wiersza. Pod koniec wojny dziewczynka przeszła anginę, która spowodowała ciężką wadę serca (przyczyną było reumatyczne zapalenie wsierdzia). Choroba ta skazała przyszłą poetkę na długotrwałe leżenie w łóżku, na leczenie w szpitalach i sanatoriach. W kwietniu 1954 wyszła za mąż za Adolfa Poświatowskiego, studenta Wyższej Szkoły Teatralnej, również chorego na serce; Adolf zmarł nagle w marcu 1956. W sierpniu 1958, dzięki staraniom profesora Aleksandrowicza z kliniki krakowskiej oraz Polonii amerykańskiej poetka wyjechała do Stanów Zjednoczonych, gdzie 12 listopada poddana została operacji serca. Zmarła w 1967 r. Jej krótkie acz intensywne życie wyrażało się w twórczości - melancholijnej, głębokiej, przygnębiającej. Ale i pięknej, bo było w niej dużo życiowej afirmacji, dużo zachwytu nad pięknem tego świata. Halina wiedziała, że czasu nie zostało jej wiele i pozostawiła w krótkim czasie bogatą kolekcję poezji.

Młoda Halina
 
Częstochowa to słynne miejskie festiwale, m.in. „Aleje – tu się dzieje!” czy Częstochowska Noc Kulturalna. Wiele spośród realizowanych przedsięwzięć wykracza swym zasięgiem poza obszar lokalny, promując miasto daleko poza jego granice. Są to takie wydarzenia jak: Festiwal Wiolinistyczny im. Bronisława Hubermana, Międzynarodowy Festiwal Muzyki Sakralnej „Gaude Mater”, cykl JAZZtochowa, Festiwal Jazzu Tradycyjnego HOT JAZZ SPRING, Festiwal Frytka OFF-jazd, Festiwal Retro Częstochowa, Dni Europejskiej Kultury Ludowej, Międzynarodowe Biennale Miniatury, Ogólnopolski Konkurs dla Młodych Malarzy im. Mariana Michalika, Triennale Sztuki Sacrum, Międzynarodowy Salon „Martwa natura w fotografii”, Międzynarodowy Konkurs Cyfrowej Fotokreacji CYBERFOTO. Już parę lat wybieram się na Frytkę Off. Może w tym roku się uda...
 
Tekst i zdjęcia: Marcin Bareła

czwartek, 10 lutego 2022

Historie i Legendy lokalne: Mirów, Łutowiec, Kotowice

 


Główną motywacją do napisania tego posta była arcyciekawa książka autorstwa Tomasza Baryły i Józefa Suchana: "Historie Lokalne na Jurze Krakowsko - Częstochowskiej", wydane w dwóch tomach. Książki zawierają opisy miejsc wokół Mirowa, Kotowic i Łutowca, z którymi związane są - często straszne - historie. Serdeczne podziękowania składam Tacie autora, Panu Stanisławowi Baryle, z którym miałem również przyjemność rozmawiać w jego przytulnej chacie w Mirowie i który skomentował niektóre wydarzenia opowiedziane w książce. Zapraszam do lektury.

 

Skały w Łutowcu

 

EPIDEMIA TYFUSU PO I WOJNIE ŚWIATOWEJ:

Przekazy mieszkańców tych ziem wspominają, że w trakcie I wojny światowej i po niej było mnóstwo ciał zabitych żołnierzy. Należy bowiem pamiętać, że na teren Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej był areną frontu gdzie (jeszcze) carska Rosja prowadziła natarcie na zachód przeciwko tzw. państwom centralnym (Niemcy, Austro-Węgry). W związku z walkami okoliczne pola usłane były trupami, których zakopywano często na miejscu, płytko, usypując prowizoryczny kopiec. Tuż po wojnie ekshumowano ciała i niedaleko strażnicy w Łutowcu zorganizowano tymczasowy cmentarz. Zresztą nie tylko tam. Cmentarze wojenne były też m.in. w Przewodziszowicach, Ludwinowie, Morsku czy Podgaju. Te cmentarze w okresie międzywojennym, w ramach tzw. komasacji zostały zlikwidowane, a kości przeniesiono do Kotowic, gdzie do dziś stoi jeden z największych tego typu cmentarzy na Jurze. A ilu ciał nigdy nie odnaleziono - zapewne mnóstwo. Odwiedziliśmy cmentarz w Kotowicach. Dziś spoczywa tutaj dokładnie 1469 poległych różnych narodowości w czasie Wielkiej Wojny.

 

Cmentarz wojenny w Kotowicach

Większość krzyży jest drewnianych

Oryginalne kamienne nagrobki, przeniesione z Łutowca


Jednak zanim szczątki doczekały godnego pochówku, jak wspomniałem ciała chowano byle gdzie i płytko, co powodowało że wody opadowe wymywały je i zatruwały wody gruntowe, studnie i inne punkty czerpania wody. Stąd epidemia tyfusu, która przetoczyła się przez te tereny i pochłonęła sporo ofiar.

II WOJNA ŚWIATOWA NA JURZE:

Jura była miejscem granicznym między ziemiami polskimi wcielonymi do III Rzeszy, a tzw. Generalnym Gubernatorstwem, czyli tworem niemieckim, który miał koncentrować polską siłę roboczą. Większość terenów Wyżyny KC znalazła się w GG. Granica przebiegała na zachodnim skrawku Jury, mniej więcej wzdłuż obniżenia Górnej Warty, w kierunku Ogrodzieńca i dalej na Olkusz. Bardzo częstym i ryzykownym jednocześnie zajęciem ludności był szmugiel artykułów przez granice, szczelnie pilnowane przez straż niemiecką. Ale głód był silniejszy od ryzyka, z terenów III Rzeszy można było zdobyć wiele niedostępnych w Guberni artykułów, jak mięso czy tytoń. Wiele osób przypłaciło próbę przemytu życiem, ale bardzo często na szmugiel wysyłano dzieci, gdyż im Niemcy najczęściej byli skorzy darować życie, czasem wymierzając jedynie mniej lub bardziej dotkliwe kary cielesne. Ale i z tym było różnie. Jedną z "pamiątek" wojny jest budynek świetlicy w Parkoszowicach, gdzie był dawniej budynek żandarmerii niemieckiej. Zdjęcie poniżej.

 


Coraz mniej jest osób, które pamiętają te mroczne czasy, jednak znalazłem w okolicy pewną staruszkę, która ze łzami w oczach zaczyna opowiadać:

- Okropne to były czasy (długa przerwa i szloch). Czasy głodu i nędzy. Mój Ojciec miał furmankę, to Niemcy kazali mu wozić się do Zawiercia i dalej na Śląsk. Pamiętam, kiedy Tata zachorował, miał stawiane bańki, to jak Niemcy wpadli to zaczęli go kolbami karabinów okładać, a przecież on taki lichy był. Myśmy siedzieli wtedy pod stołem ze strachu. Były łapanki uliczne, bo każdy od pewnego wieku musiał pracować. Chcieli mnie wywieźć do Warszawy na roboty, ale załatwili mi lewe papiery i poszłam do pracy do Zawiercia, do fabryki bawełny. Tata wojnę przeżył.

 

Jedna z wielu pamiątek II wojny: tzw. Kochbunkier Żarki

 

Książka Tomasza Baryły wspomina, że wyzwalali ten teren Rosjanie, latali nisko samolotami i strzelali z działek samolotu do Niemców. Przy przechodzeniu frontu i jedni i drudzy bezlitośnie wyjadali miejscowym co tylko się dało: ziemniaki, zboże, zwierzęta tak, że ci sami organizowali schowki przetrwania. Byli także żołnierze, którzy dzielili się żywnością (jeśli takową mieli). Mieszkańcy wspominają radzieckie katiusze, wydające przy wystrzale charakterystyczny gwizdający dźwięk. Dzisiaj, mimo że minęło tyle lat, pamięć starszych mieszkańców jest wciąż żywa, a rana przeszłości się nie zagoiła i wciąż boli. Nie zadręczałem więc starszej Pani zbędnymi pytaniami, bo widać wyraźnie, że tamte czasy przeżywa nadal mocno.

W publikacji możemy przeczytać o partyzantce, która w czasie wojny również na terenie Jury działała nader sprawnie. Tereny leśne i polne, o nieregularnym ukształtowaniu powierzchni sprzyjały konspiracyjnej działalności. Największą organizacją II wojny była Armia Krajowa. Partyzanci byli w każdej wsi. Jak się porozumiewali, by nie zostać zdemaskowanym przed Niemcami? Wysyłano zwiad, który w dzień przenosił meldunki – wiadomości. Te, zapisane na kawałku papieru były zwijane i wkładane do elastycznych wkładów długopisowych. Te zaś chowane były w...odbycie, bo przy ewentualnej kontroli żandarmi niemieccy sprawdzali różne miejsca, ale nie odbyt. Spotkania partyzanckie odbywały się nocą, na furmankach i bez świateł. Partyzanci często zabierali ludziom konie i żywność, ale te pierwsze z reguły zwracali, drugie rzadko.

TAJEMNICZE ZJAWISKO W ŁUTOWCU - ŚWIECZNIK:

 

Skały Łutowskie

Pozostałości Strażnicy. Miejsce nadal kusi poszukiwaczy skarbów

Przenosimy się do czasów powojennych. W książce czytamy, że po II wojnie światowej aż do końca lat 60. w okresie letnim i jesiennym można było w okolicy Łutowca zaobserwować dziwne zjawisko świetlne, przez mieszkańców zwane Świecznikiem. Mieszkańcy, wracający do domów wieczorem i w nocy np. po pracy, mieli przez lata obserwować dziwne punkty świetlne koloru białego do żółtego, które przemieszczały się szybko na wysokości 1.5 do 3 metrów. Mieszkańcy okolicy przypisywali tajemniczemu światłu atrybuty boskie, modlono się do światła. Próbowano naukowo wytłumaczyć występowanie światełek, które miała sprowadzić armia radziecka, która "wyzwalała" te tereny z końcem II wojny. Ta wg ocen przywiozła ze sobą azjatyckiego świetlika – czyli chrząszcza, który świeci w nocy. Czy jednak tajemnicze światło to zwykły robaczek świetlik, czy jednak nieziemski i niewytłumaczalny łutowski „Świecznik” – do dziś nie wiadomo. Pytam o zjawisko dwie mieszkanki Łutowca:

- Świecznika pamięta moja babcia. Ale według jej przekazów, światło mogło mieć źródło jako efekt uboczny wytopu złota, które było w tych okolicach znajdowane. Należy pamiętać, że tutaj był cmentarz wojenny, a także prawdopodobnie cmentarz żydowski. Te ziemie skrywają pewnie wiele skarbów. Według jej relacji, złoto znajdowano tutaj, niedaleko Strażnicy w Łutowcu jeszcze 15 lat temu. Do dziś są tutaj dzikie wykopaliska poszukiwaczy skarbów. Miła pani wskazała mi miejsce po świeżych wykopach i rzeczywiście w jednym miejscu znajduje się dosyć regularny "dołek". Zdjęcie poniżej.

 



Inna mieszkanka wskazywała, że Świecznik niekoniecznie związany był ze złotem, lecz mógł być niewytłumaczalnym zjawiskiem a światełko miało wskazywać ludziom drogę. Przecież nocą okolicę spowijały w tamtych czasach całkowite ciemności, więc Świecznik miał być tym "dobrym" światłem. 

 

Łutowiec
 

KAPLICZKA STRACHU W MIROWIE:

Na drodze Mirów – Niegowa, tuż przed zjazdem do Łutowca znajduje się zabytkowa kapliczka. Miejsce owiane jest legendami. Według jednej z nich, w najdłuższą noc w roku, podczas bezchmurnego nieba i przy pełni księżyca, cień rzucany z wieżyczki kapliczki w stronę Niegowy daje wskazówkę, gdzie może być miejsce zakopania skarbu. Dlatego poszukiwacze skarbów wielokrotnie przekopywali teren za i tuż przy kapliczce, aż na przełomie lat 70 i 80. część ścian zapadła się i trzeba było całość odbudowywać. Druga z legend mówi, że na terenie wokół kapliczki straszy. Relacje mieszkańców mówią o nieprzyjemnych odczuciach, towarzyszących przechodzeniu nieopodal tego miejsca. Gdy dwóch z nich ścinało w pobliżu sosnę, tuż przy kapliczce, wg opisu w książce „coś ich trzymało – nieznana siła”. W 1945 roku w pobliżu kapliczki zostało pochowanych kilku Niemców. Inny Niemiec, wg świadków miał schronić się w obiekcie przed radzieckim ostrzałem z działek samolotowych, ale i tak zginął tuż przy kapliczce, od kul piechoty. Kapliczka stoi do dziś w tym miejscu.

 

Słynna kapliczka
 

O przeżyciach własnych, związanych z kapliczką opowiada Pan Stanisław Baryła, syn Tomasza, autora książki:

Lata 60. Po zabawie idę do Mirowa, godzina około 3 w nocy, chyba pełnia bo widno. Podchmielony idę sobie spokojnie, mam lampkę ale nie świecę, bo księżyc  mocno świeci i odbija światło w śniegu tak, że wszystko widać. W drugiej ręce mam złożony scyzoryk do rękawa kurtki.  Idę w kierunku kapliczki, nie boje się niczego, ale nagle skórę mi zdziera, jakby "na igłę", czapkę mi podnosi jakby włosy chciały stanąć dęba. Zaczyna mi się robić ciepło, mijam kapliczkę, przeżegnałem się, potem to wszystko mija. Tutaj sąsiadki mąż pracował swojego czasu w GS-ie. Duży chłop, dwa metry miał. Wracał swojego czasu z roboty późno w nocy, jesień była. Idzie nieopodal kapliczki, a tu jeden wróbel, drugi wróbel, trzeci wróbel. I nagle czuje, że czapka z głowy mu schodzi, włosy stają dęba. Żegna się i coś widzi - jakby końskie kopyta, łeb niby z rogami. Potem, podchodząc bliżej zamku patrzy, a tu jak coś strzeliło, to myślał że zamek się zawalił. Przyszedł do domu cały blady. Żona go pyta: co ci się stało? - Powiem Ci jak dojdę do siebie - odpowiedział jej.

Nie mogłem się powstrzymać i sam sprawdziłem tajemniczą kapliczkę, która jest niemym świadkiem historii tych ziem. Obszedłem ją kilka razy. Może nie czułem gęsiej skórki, ani żadnego mrowienia ale czułem się jakiś taki słaby - ale to może z powodu głodu, bo już wcześniej mnie trochę ssało w żołądku...a może nie? Można sprawdzić samemu, to tuż przed zjazdem z Mirowa na Łutowiec.

 

Za kapliczką znajduje się zjazd na Łutowiec


CZARNY PIES NA CZARNYM KAMIENIU

 

DW Żarki - Niegowa i okolice Czarnego Kamienia


Czarny Kamień to fragment lasów i pól przy drodze Żarki – Niegowa. Popularne miejsce grzybiarzy miało być swego czasu miejscem występowanie dużego czarnego psa z wielkimi ślepiami. Wg. relacji mieszkańców pies miał stać nieruchomo, nie szczekał i nie gonił. Nic więcej nie wiadomo o tajemniczym zwierzęciu, być może ludzie widzieli po prostu dużego wilka, a te obserwowano na tych terenach wielokrotnie. Może widzeniom czarnego psa pomagała gorzałka, pita wtedy często i gęsto. A może nie? Na Czarnym Kamieniu jako grzybiarz bywałem wielokrotnie i nigdy nie zdarzyło mi się spotkać żadnego psa. Dziś jeszcze raz odwiedziłem to miejsce, w którym jest jednak pewna aura tajemniczości: las sosnowy miesza się z bukowym, który rośnie na dosyć stromych pagórkach. Nie wiem, czy nie najbardziej straszą tutaj jednak śmieci. 

 

Las jest z pewnością klimatyczny
 

WIELKI POŻAR MIROWA

 

Mirów, ściana lasu to miejsce, gdzie w 1958 roku wybuchł wielki pożar


2 maja 1958 roku miał miejsce wielki pożar, który strawił większość z ówczesnych zabudowań wsi. Domy w większości były drewniane i kryte słomą. Przyczyną pożaru miało być ognisko, rozpalone tego dnia przez dzieci. Niestety, pech chciał 2 maja 1958 roku wiał silny wiatr, który błyskawicznie roznosił iskry i palące się fragmenty słomy. Na miejsce przyjechała lokalna straż pożarna konna z małą pompą ręczną bez zbiornika, jednak jedyna w okolicy studnia była przez szalejące płomienie praktycznie niedostępna. Ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie. Pożar spowodował zniszczenie większości zabudowy wsi. Mieli szczęście nieliczni, posiadający dom z kamienia albo cegły ale takie były wtedy rzadkością. Na miejsce z czasem dotarło wojsko z pomocą w postaci namiotów, żywności. Wioskę zaczęto odbudowywać i z czasem Mirów stał się – jak za Kazimierza Wielkiego – ze wsi drewnianej wsią murowaną.

 

Pan Stanisław Baryła i jego klimatyczna chata
 
Opowiada Stanisław Baryła:

W ciągu dosłownie 20 minut spaliło się tutaj w Mirowie dokładnie 146 budynków. Przetrwały tylko te zabudowania, które nie były w tej zwartej zabudowie, te na uboczu. Jak do tego doszło? Dzieci bawiły się zapałkami, napaliły ogień i od tego ognia zajęła się stodoła a potem to poszło z domu na dom, bo wtedy te domy były drewniane i kryte słomą i stały jeden przy drugim . Zaczęli tą stodołę gasić a tu już ostatni dom na końcu wsi się palił, tak szybko to szło. Ponieważ wiał tak silny wiatr, iskry i kawałki palącego się siana leciały aż na Zdów i Bobolice. Jedna ofiara śmiertelna była - moja babcia. Nie zdążyła wyjść z domu, chociaż ja nie pamiętam tamtejszych okoliczności. Ja wtedy byłem w czwartej klasie szkoły, w dniu pożaru akurat pasłem gęsi. Spaliły się wszystkie moje rzeczy, łącznie z zeszytami szkolnymi, pamiątkami. Ocalało tylko to, co miałem na sobie. Spaliło się wtedy wiele zwierząt gospodarskich - krowy, owce. Smród był nie do opisania. To był dla nas koniec świata...Mieszkaliśmy wtedy na rogu, naprzeciwko kapliczki. Oprócz pożaru były dwa duże wybuchy - w jednej ze stodół wybuchła beczka smoły, w drugim budynku wybuchły podkłady kolejowe.

 

Pan Stanisław pokazuje miejsce, gdzie w 1958 r, stała studnia, skąd czerpano wodę

 Jak ludzie radzili sobie po pożarze?

A po pożarze przez jakiś czas miejscowi mieszkali w namiotach, które przywiozło nam wojsko. My w namiocie mieszkaliśmy od maja do października, aczkolwiek ja tydzień spałem u siostry w Kotowicach, a rodzice w okolicy bo gadzina była i trzeba było się zająć. Akurat nam zwierzęta się nie spaliły, bo chlew murowany był. W tym czasie budowaliśmy ten dom, następnie przenieśliśmy się tu, gdzie obecnie rozmawiamy. Wprowadziliśmy się tutaj dokładnie 13 grudnia. Pierwszą noc to myślałem, że ja śpię w pałacu. Na budowę nowego domu dostaliśmy z tytułu tzw. asekuracji (ubezpieczenie) 30 tys. i kolejne 30 tys. to była pożyczka, ale trzeba było mieć dwóch żyrantów. Do dzisiaj, jak słyszę odgłosy syren alarmowych, to jestem w stanie odróżnić, skąd dany sygnał pochodzi - czy to straż z Niegowy, Jaworznika czy z Żarek. Syrena potrafi obudzić mnie w nocy.

Pan Stanisław był tak miły, że pokazał mi ocalałe z pożaru budynki, które były wtedy poza zwartą zabudową. Jest jeszcze jedna pamiątka tamtych czasów: fragment oryginalnego ganku. Zdjęcia poniżej:

 

Ocalały z pożaru dom w oryginalnej bryle

Fragment ganku starego domu, który też wtedy ocalał
 

Teskt i zdjęcia: Marcin Bareła

sobota, 6 listopada 2021

Zamki Jury, cz.4: Zamek Rabsztyn



Kontynuujemy cykl rozpoczęty wpisem o Zamku Ogrodzieniec, w którym będziemy opisywali zamki na Szlaku Orlich Gniazd i nie tylko. Tym razem Zamek Rabsztyn.
 
 


Przemiana, jaką w ciągu kilku ostatnich lat przeszedł Zamek Rabsztyn jest zadziwiająca - to już nie są tylko smutne ruiny. Teraz to zrekonstruowany według oryginału dostojny obiekt z nowiuśkim zapleczem okołoturystycznym (kawiarnia, toalety, udogodnienia dla niepełnosprawnych, nowe pawilony). Jest nawet pismo punktowe dla niewidomych na tablicach. Naprawdę jesteśmy pod wrażeniem.
 
 
Zaktualizowana makieta

Ale cofnijmy się do wieku XIII, bo wtedy na szczycie górującej skały wybudowano zamek górny, który nie przetrwał burzy dziejowej i dzisiaj widzimy jego udaną rekonstrukcję. Z czasem zaczęły powstawać kolejne elementy zamkowe: w połowie XIV wieku u podnóża skały powstał zamek średni, zaś na przełomie XIV i XV wieku zamek dolny. Od XVI wieku, kiedy budowlą władał ród Bonerów, zamek przebudowano na styl renesansowy i z czasem na miejscu zamku dolnego rozpoczęto wznoszenie renesansowego pałacu, na wzór Wawelu (o czym świadczyły m.in. charakterystyczne krużganki). Zamek trwał do roku 1657, kiedy Szwedzi najpierw złupili a potem spalili obiekt. Nigdy nie został odbudowany, choć przymierzano się do tego. Ostatecznie popadł w niełaskę i był rozbierany na potrzeby budulcowe, do tego wszystkiego na początku XX wieku runęła wysoka zamkowa wieża. Tak naprawdę dopiero przejęcie obiektu przez Gminę Olkusz w roku 1990 pozwoliło na przygotowanie szeregu prac zabezpieczających, których intensyfikacja miała miejsce przed kilkoma laty. Trzeba przyznać, że zrobiono naprawdę dobrą robotę i dziś zamek nie straszy i nie płacze, lecz wypina dumnie pierś i zaprasza w swe odrestaurowane progi. 

 

Pozostałości zamku dolnego

Widok z zamku górnego
 

Oczywiście i tutaj mamy legendy: wykuta w skale studnia, w którą wyposażony był Zamek Rabsztyn i historia pewnej świni która miała do ów studni wpaść. Według podań przeżyła, gdyż studnia miała być połączona z tunelem idącym w kierunku Olkusza, więc sprytna świnka wydostała się tymże tunelem i przeżyła. Jest historia mniej szczęśliwa, i dosyć makabryczna. Otóż rzecz, co prawda, działa się w Krakowie, ale odbiła się echem w całej Rzeczpospolitej, a ostateczne skutki miały miejsce w tym zamku. Był lipiec 1461 roku. Ówczesny właściciel obiektu, Andrzej Tęczyński oddał do krakowskiego snycerza swoją zbroję do wyczyszczenia. Snycerz Klemens nie zrealizował jednak zlecenia na czas, przez to Tęczyński spóźnił się na wyprawę króla Kazimierza Jagiellończyka przeciw Krzyżakom (inna wersja mówi, że zbroja miała być zamówiona i okazała się za ciasna). Tak czy siak, bohater tej opowieści, w efekcie snycerza pobił. Wieść szybko rozeszła się po Krakowie, a mieszczanie krakowscy oczywiście wzięli stronę rzemieślnika i postanowili zemścić się na szlachcicu. Znaleziono Tęczyńskiego i dotkliwie pobito i na tym nie poprzestano - w krakowskim Kościele Franciszkanów został zamordowany. Jego ciało miało być wleczone rynsztokiem aż do ratusza. Po trzech dniach zwłoki oddano rodzinie i pochowano w Książu Wielkim. Sprawa zabójstwa otarła się o dwór królewski, ale na nic się zdały próby królowej Elżbiety Rakuszanki wyciszenia sprawy, ani namowy monarchy do jej sprawiedliwego rozsądzenia. Ostatecznie sporem zajął się sejm odbywający się w Piotrkowie w grudniu tego samego roku. Powołano tam sąd, a ten wydał wyrok w dniu 15 stycznie 1462 roku. Na jego mocy skazano burmistrza Krakowa i sześciu rajców na karę śmierci. Ścięto ich pod basztą na wzgórzu wawelskim, którą od tej pory nazywano Tęczyńską. I mimo, że w sumie zginęli przypadkowi, nie biorący udziału w zabójstwie osoby, rodzina domagała się kolejnych represji. Wówczas część - znowu przypadkowych - rajców osadzono w lochach Zamku Rabsztyn. Nie trzeba dodawać, jak skończyli nieszczęśnicy...

 

Zamek Górny
 
Zamek górny - widok boczny na wybudowaną infrastrukturę

Rycerze średniowieczni. Ten jest dosyć odrażający...

Zamek był w czasach świetności samowystarczalny: posiadał studnię, miał ogrzewanie i prawdopodobnie własną kuchnię. Dziś wciąż możemy poczuć ducha czasów poprzez liczne ślady przeszłości: oryginalne fragmenty murów, cegieł, fragmenty wykutych w skale schodów, ślady portali oraz gzymsów renesansowych, piec hypokaustyczny (właściwie jego pozostałości). Wiele artefaktów zostało zabezpieczonych niedawno i zostanie udostępnione w nowym pawilonie na dawnym zamku dolnym. Ciężko w kilku zdaniach podsumować ogromu inwestycji poczynionych w ramach tej niesamowitej budowli: zabezpieczono fragmenty murów, odgruzowano pomieszczenia komór przyziemia renesansowego pałacu, gdzie powstał podziemny pawilon. Znajdują się w nim obiekty służące obsłudze ruchu turystycznego – informacja turystyczna, kasa biletowa, węzeł sanitarny i kawiarnia dla zwiedzających. Zachwyca przestrzenna makieta zamku wykonana z brązu i pokazująca jego wygląd w czasach świetności. Dzięki opisom w alfabecie Brailla, umożliwi osobom niewidzącym i niedowidzącym wyobrażenie sobie wyglądu obiektu. Co bardzo rozsądne, została umieszczona na tyle nisko, aby miały do niej dostęp również małe dzieci. Przy wschodniej ścianie zamku zbudowano trójkątny stalowy taras, a na dziedzińcu jest miejsce na ustawienie niewielkiej sceny, na której, w niezwykłym klimacie, mają być organizowane koncerty, spektakle i inne wydarzenia kulturalne. Powstała tam strefa rekreacyjna i trawiaste tarasy. Naprawdę robi to wszystko wrażenie. Co ważne, mimo obecności stali i szkła, zamek nadal zachowuje klimat przeszłości, a tereny przyzamkowe są nieskomercjalizowane- ot lasy, pola. Bilety kosztują 15 zł normalny i 10 zł ulgowy. W godzinach: 11:00, 13:00 i 15:00 w ramach biletu oprowadza przewodnik. Polecamy mocno! Strona www zamku.

Teskt: Marcin Bareła, zdjęcia: Marcin, Marzena Bareła

 

Pozostałości pieca hypokaustycznego, znanego już w starożytynym Rzymie

Renesansowy gzyms

Węgar

Widoczek z wieży zamku górnego  


poniedziałek, 1 listopada 2021

Zamki Jury, cz. 3: Zamek Olsztyn

Kontynuujemy cykl rozpoczęty wpisem o Zamku Ogrodzieniec, w którym będziemy opisywali zamki na Szlaku Orlich Gniazd i nie tylko. Dziś Zamek Olsztyn.

 

Imponujący widok na zamek z DK 46
 

Moim zdaniem jeden z najbardziej imponujących, oraz najpiękniej położonych zamków Jury. Dosłownie jakby "wyrastał" spod Olsztyna, równie malowniczo położonej miejscowości, która notabene ma niedługo uzyskać status miasta. Pierwsze wzmianki o olsztyńskiej warowni pochodzą z roku 1349. Wtedy to król Kazimierz Wielki nakazał przebudowę niegdyś drewnianego grodu i postawienie na jego miejscu murowanej twierdzy. Była to część wielkiego planu budowy solidnych budowli obronnych z kamienia na ówczesnej granicy polsko-czeskiej. Zamek Olsztyn pełnił także funkcję więzienia królewskiego. Jak to bywa w przypadku tego typu obiektów, istnieje co najmniej kilka legend i opowieści.  Jedna z najsłynniejszych opowiada o zjawie błąkającej się po zamku w ciemne noce. Jest to duch Maćka Borkowica – wojewody poznańskiego, przeciwnika polityki króla Kazimierza Wielkiego. Powołał on konfederację wymierzoną w króla. Wygnany z kraju po 4 latach powrócił i nadal przeciw niemu spiskował. W końcu został schwytany w Kaliszu i skazany na śmierć głodową w lochach pod główną wieżą zamku olsztyńskiego. Więzień otrzymywał dziennie tylko dzban wody i wiązkę siana. Podobno wytrzymał tak 40 dni a jego jęki i przekleństwa słychać było w całym zamku. Niektórzy twierdzą też że przywiedziony głodem do szaleństwa zaczął kąsać i pożerać własne ciało. Nie potwierdzona plotka mówiła, że tak sroga kara podyktowana była osobistą zemstą króla za tajemne schadzki Borkowica z królową. Podobno można tutaj również usłyszeć płacz dziecka - tragicznie zmarłego syna burgrabi Olsztyńskiego – Kacpra Karlińskiego...

 


 

Los - podobnie jak w przypadku innych zamków i warowni jurajskich - nie był dla zamku łaskawy. Jeszcze pod koniec XVI wieku obiekt zaatakowały wojska austriackie arcyksięcia Maksymiliana. Ale prawdziwą katastrofą był najazd Szwedów w 1655 roku, od tego czasu obiekt zaczął popadać w ruinę. Może zyskałby dawny blask, ale kto wtedy myślał o próbach odbudowy? Bardziej skupiano się na dalszej rozbiórce, celem pozyskania cennego materiału budulcowego. Tak został dosłownie rozebrany. Do dziś z pierwotnej budowli zachowały się wieże: cylindryczna i kwadratowa (Starościńska), fragmenty murów budynków gospodarczych, piwnice oraz odkryte w toku badań archeologicznych fundamenty kuźnicy i ślady dymarek. Zamek od 3 lat jest w renowacji, a  niedługo może zyskać kolejną atrakcję: archeolodzy odkryli prawdopodobnie największy na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej system jaskiń, tuneli i szczelin. Trwające od trzech lat badania towarzyszą pracom mającym na celu zabezpieczenie ruin zamku. Być może część tuneli zostanie niebawem udostępniona do zwiedzania. Polecam zwiedzić sam Zamek (wstęp kosztuje 8 zł bilet normalny i 5 zł ulgowy), jak i Olsztyn usiany innymi atrakcjami, z najsłynniejszą - "Olsztyńską Szopką". 

 



Olsztyn - droga do Zamku

Tekst i zdjęcia: Marcin Bareła, Marzena Bareła