wtorek, 20 października 2026

Islandia 15-18.10.2026


Dolina Seljavellir - w drodze do Seljavallalaug - w drodze do najstarszego basenu termalnego Islandii

Piszę te słowa w dwa dni po powrocie z Islandii i mówiąc szczerze ciągle otrząsam się z oszołomienia po tym, co zobaczyłem. Uderzyły mnie przede wszystkim rozległe, niezamieszkałe i niezagospodarowane niczym pejzaże gór, rozległych pastwisk i morza, gdzie na odcinku wielu kilometrów była tylko dzikość. Islandia to jeden z najmniej zaludnionych krajów świata, a jeśli wziąć pod uwagę gęstość zaludnienia na km2, Islandia jest na ostatnim miejscu w Europie, ze średnią niecałe 3 osoby. Nic zatem dziwnego, że będąc na miejscu jedziemy 50 a nawet 100 kilometrów i po drodze nie zobaczymy choćby jednego, nawet opuszczonego, budynku. Widzimy za to mocno kontrastowy krajobraz czarnych wulkanicznych skał, porośniętych żółto-zieloną kołderką mchów i porostów, krajobraz wody i lodu oraz niezwykłych, czarnych plaż. Zapraszamy na rekonesans po tej niezwykłej wyspie.


Gratką Islandii jest Seljavallalaug - zbudowany w 1923 roku, najstarszy basen termalny tej krainy. Seljavallalaug ma 10 metrów szerokości i 25 metrów długości. Do 1936 roku był największym basenem na Islandii. Jego otoczenie jest naprawdę malownicze – dzikie i surowe zimą, soczyście zielone latem. Seljavallalaug to basen zbudowany przez człowieka, ale obecnie funkcjonuje raczej w sposób charakterystyczny dla dzikich, naturalnych gorących źródeł na Islandii. Jest więc dostępny za darmo, ale nie zatrudnia ratowników i nie zapewnia żadnych środków bezpieczeństwa. Nie ma tu też sklepiku czy wypożyczalni kostiumów i ręczników. Co gorsza, czyszczony jest tylko raz w roku, więc latem dno i boki basenu mogą pokrywać glony, co wpływa nie tylko na estetykę, ale również na bezpieczeństwo – jest tu po prostu ślisko. Również budynek służący czasem za przebieralnię nie spełnia islandzkich standardów, a sama woda w basenie jest ciepła, ale zwykle nie gorąca. Latem jej temperatura dochodzi do 25 °C, ale zimą często spada poniżej 20 °C. Najcieplej jest przy rurze, która doprowadza gorącą wodę termalną do basenu, tam też zimą gromadzą się - spragnieni ciepła - turyści. Gorąca woda przepływa przez basen, ochładza się i wypływa z drugiej strony do rzeki. Całość wygląda tak surrrealistycznie, że trudno uwierzyć, że coś takiego naprawdę istnieje. Istnieje! Oczywiście nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy nie skosztowali kąpieli w dzikiej scenerii Islandzkiej doliny i gór. 
 
 
WODA
 
Islandia jest krainą wody. Średnia opadów rocznie nie jest tutaj największa w Europie, nadal jednak pada tutaj na tyle dużo, że kraj z każdej strony dosłownie zalewa woda. Islandia ma tyle wody, że w kawiarni czy restauracji jest woda za darmo w butelkach do picia, woda geotermalna ogrzewa mieszkania, a według badań, przeciętny mieszkaniec Islandii ma wody około 507 463 m³ na osobę rocznie, są to jedne z największych zasobów na świecie (dla porównania, przeciętny Polak ma 1600 m³, czyli nawet nie pół procenta tego co Islandczyk). Dość powiedzieć, że powierzchnia rzek i jezior to prawie 30% obszaru Islandii, a lodowce (kolejny rezerwuar wody) pokrywają ponad 11% powierzchni. Podsumowując - kraj nie musi się martwić o dostęp do słodkiej wody. Efektem tych zasobów są wspomniane rzeki, jeziora i majestatyczne wodospady.  918 – tyle udokumentowanych wodospadów znajduje się w bazie World Waterfall Database, ale ogólna liczba wodospadów, włączając strumyki i nietrwałe wodospady powstające z topniejących lodowców, szacowana jest na około 10 tysięcy! To oznacza, że co kawałeczek z gór przelewa się w dół szerszy lub węższy strumień wody. Wodospady robią ogromne wrażenie i ściągają rzesze turystów. Na mnie największe wrażenie zrobił wodospad Skogafoss, który jest nie tylko wysoki (60 m), ale też rozlewa się szeroko na 25 metrów. Spadając z potężnego klifu, rozbijająca się na kropelki woda, często tworzy tęcze, i mieliśmy takową przyjemność zobaczyć.

 




 
Warto pójść także szlakiem w górę, wzdłuż doliny rzeki Skogi. Rzeka Skoga bierze swój początek na zboczach lodowców Eyjafjallajökull oraz Mýrdalsjökull. Spływa w dół wulkanicznego kanionu, tworząc po drodze kilkadziesiąt mniejszych i większych kaskad. Widoczki są niemniej imponujące niż przy samym wodospadzie:

 




 

Kolejnym niezwykłym wodospadem jest Seljalandsfoss. Woda spada z imponującej wysokości około 65 metrów z dawnego klifu morskiego, który tysiące lat temu wyznaczał linię oceanu. Dziś morze znajduje się kilka kilometrów dalej, a potężny klif jest świadectwem tego, jak lodowce i siły natury przez tysiące lat kształtowały islandzki krajobraz. To, co wyróżnia Seljalandsfoss spośród innych wodospadów, to możliwość przejścia ścieżką za kurtyną spadającej wody. Spacer za wodospadem pozwala podziwiać go z zupełnie innej perspektywy – z jednej strony rozciąga się widok na zielone równiny południowej Islandii, z drugiej otacza nas huk wody i delikatna mgła. Kawałek dalej jest drugi, ukryty głęboko w wąwozie wodospad Gljufrabui, ale trzeba przejść po kamieniach na rzece, żeby podejść. Mnie się nie udało - jedna stopa była totalnie zamoczona!

 

Wodospad Gljufrabui

przejście jest na rzece po kamieniach - wrażenia niezwykłe!






A to już Seljalandsfoss

Kolejnym odwiedzonym wodospadem był Kvernufoss. Mimo bardzo dobrej lokalizacji dociera tutaj mniej osób niż do największych atrakcji południowego wybrzeża. Do wodospadu prowadzi krótka i łatwa trasa. Początkowo idziemy otwartym terenem, a później ścieżka wchodzi do zielonego wąwozu. Na jego końcu pojawia się Kvernufoss. Woda spada z wysokiego skalnego progu, a dodatkową atrakcją jest możliwość przejścia ścieżką za wodospadem. Do atrakcji początkowo idziemy przez otwarty teren. Z czasem ścieżka prowadzi coraz bliżej rzeki Kverna i wchodzi pomiędzy zielone zbocza. Najciekawszy jest końcowy fragment. Wchodzimy do wąwozu Kvernugil. Z każdą chwilą otaczające nas zbocza robią się wyższe, a krajobraz bardziej zamknięty. Wodospad nie jest widoczny od samego początku. Pojawia się dopiero po wejściu głębiej w wąwóz. Muszę przyznać, że ten wodospad zrobił na mnie najmniejsze wrażenie, ale nadal gapiłem się jakbym cud zobaczył...

 







  

Ostatnim odwiedzonym wodospadem był Svartifoss (pol. Czarny Wodospad). Wodospad może nie należy do największych, najszerszych czy najpotężniejszych islandzkich wodospadów. Niełatwo jednak o drugi tak malowniczo położony. Jego strumień wody spada z wysokiego na około 20 m klifu wprost do wąwozu w kształcie podkowy, którego ściany składają się z geometrycznych (heksagonalnych) kolumn bazaltowych. Wygląda to tak, jakby ktoś dosłownie wyciął kawałki skał regularnym nożem. Kolumny te są pochodzenia wulkanicznego i możemy je spotkać w kilku miejscach na wyspie (np. przy wodospadzie Litlanesfoss czy na czarnej plaży Reynisfjara). Powstają one w momencie ochładzania się strumienia lawy. Bazaltowe kolumny stanowią jeden z symboli Islandii, a ich motyw wykorzystywany jest nawet w tutejszej architekturze. Najlepszym przykładem jest kościół Hallgrímskirkja w Reykjavíku - więcej w dalszej części wpisu.
 









                            


LODOWCE

 Islandia to kraina wody ale i zamarzniętej wody czyli lodu. Lodowce zajmują około 10% powierzchni, co odpowiada ponad 10 500 km² lądu. Największym z nich jest Vatnajökull, który sam pokrywa około 8% kraju i ma miejscami blisko 1 kilometr grubości! Tempo topnienia lodowców jest tutaj bardzo szybkie, jeden z nich - Okjokull - zaniknął całkowicie ponad 10 lat temu. My odwiedziliśmy m.in. Svínafellsjökull, który jest jednym z południowych jęzorów czapy lodowej w Parku Narodowym Vatnajökull. 

Jak wszystkie lodowce, Svinafellsjökull ma wspaniały, wręcz nieziemski wygląd – głęboko niebieski lód, lśniący biały śnieg i żyły czarnego popiołu, które przypominają o erupcjach sprzed wieków. Czujemy się trochę jakby przeniesienia na inną planetę, planetę brudnych gór lodowych, jak po wybuchu lodu, który roztrzaskał się na małe kawałki. 

 








Na Svínafellsjökull nie ma wyznaczonych szlaków, ale zwykle jest wydeptana ścieżka w górę lodowca, po skałach wzdłuż jego krawędzi. Trzeba jednak bardzo uważać na połacie wyślizganego lodu, ponieważ na miejscu można bez żadnych problemów spacerować i podziwiać lodowiec (!!)

 














Kolejnym przystankiem był Fjallsjökull - to lodowiec, będący częścią pokrytego lodem wulkanu Oraefajokull. Fjallsjökull, i dom dla laguny Fjallsarlon. Wido stał się jedną z najpopularniejszych atrakcji Islandii ze względu na zapierające dech w piersiach surowe piękno. Strzeliste góry lodowe i ogromne bloki lodu stworzyły unikalne środowisko wokół tego obszaru, a odwiedzający mogą również odkrywać fascynujące jaskinie lodowe, które co roku przechodzą cykl topnienia i ponownego zamarzania. Tutaj lód jest biały jak śnieg, brak jest przybrudzeń wulkanicznych, widocznych na Svínafellsjökull.










 

Prawdziwym widowiskiem jest laguna lodowcowa Jökulsárlón. Na lagunie mamy ogromne, często widocznie dryfujące w wodzie kry lodowcowe o najróżniejszych rozmiarach, z których część ma kryształowo błękitny kolor. Jest to chyba najbardziej widowiskowa część naszej lodowcowej części zwiedzania.

 



Spoglądając na rozległe jezioro (o powierzchni zbliżonej do 18 km²) trudno przypuszczać, że powstało ono mniej niż sto lat temu. Jeszcze na początku XX wieku lodowiec Breiðamerkurjökull (będący częścią największego islandzkiego lodowca Vatnajökull) sięgał do linii brzegowej. Około połowy stulecia zaczął się wycofywać, pozostawiając po sobie głęboką na ponad 250 metrów szczelinę, która została szybko wypełniona przez wodę z topniejącego lodowca. Obecnie jest to jedno z najgłębszych z islandzkich jezior. Laguna swoją sławę zawdzięcza malowniczym krom, które odłamują się od brzegu lodowca i osiadają w jej wodach.Najpierw ogromne, z czasem topnieją aż do zniknięcia w oceanie. 

 




 Atrakcją dodatkową laguny
 
Jökulsárlón jest lodowcowa amfibia. Specjalny pojazd na kółkach zabiera turystów wprost z lądu na wodę, umożliwiając pływanie wśród gigantycznych gór lodowych oraz obserwację fok na tle lodowca Vatnajökull. Można dotykać lodowca, wziąć kawałek do rąk, spróbować lodu!









 GÓRY i LAWA

 Islandia to kraj zdecydowanie górzysty. Wnętrze kraju (tzw. Wyżyna Islandzka) zajmuje około 40% powierzchni wyspy. Kolejne 40% kraju to pustynie wulkaniczne i płaskowyże, a pola lawowe zajmują około 11% powierzchni. Jedynie około 20% powierzchni kraju jest uznawane za obszary nadające się do zamieszkania lub użytkowania (głównie wąski pas wybrzeża), stąd tak mała gęstość zaludnienia na wyspie. Najwyższym szczytem Islandii jest wulkaniczny Hvannadalshnúkur, który wznosi się na wysokość 2110 m n.p.m. Góry widać wszędzie. Dosłownie wypełniają kraj jak powietrze balon. Ale to nie są zwykłe widoki szczytów i wierzchołków. Dzięki skałom wulkanicznym - lawowym (głównie bazaltowi), krajobraz jest niezwykle kontrastowy: czerń skał rywalizuje z zielenią i żółcią mchów i porostów, co daje nieziemski wręcz efekt wizualny...

 






 Krajobraz wygląda trochę, jakby ktoś wszystko wypalił do zera i tak trochę w sumie tutaj jest - z tym że wypaliła natura nie człowiek. Rzuca się w oczy brak lasów. W wyniku wielowiekowego wylesiania, wypasu owiec i trudnych warunków wulkanicznych powierzchnia ta drastycznie spadła (w 1990 roku było to zaledwie ok. 0,3%), ale dzięki programom zalesiania powoli rośnie, osiągając obecnie około 3%. Ale to w porównaniu do Polski (ponad 30%) naprawdę mało. 

Potęgę gór zobaczycie także z punktu widokowego Dyrhólaey (a dokładniej Dyrhólaeyjarviti – latarnia morska na Dyrhólaey) to jedno z najbardziej spektakularnych miejsc widokowych na południowym wybrzeżu Islandii, położone niedaleko miejscowości Vík í Mýrdal. Z urwiska o wysokości ok. 120 metrów roztacza się panoramiczny widok na potężny, naturalny łuk skalny wysunięty w ocean, słynną czarną plażę Reynisfjara wraz z formacjami skalnymi Reynisdrangar na wschodzie oraz ciągnące się po horyzont czarne wybrzeże na zachód. Ostre, poszarpane skały, ogromne przepaście, czarne plaże i białe fale morza w jednym obrazku to jeden z najlepszych widoków jaki w życiu widziałem.
























 

Z górskich krajobrazów zachwycił nas także Fjaðrárgljúfur to głęboki na blisko 100 metrów kanion o długości ponad kilometra. Przez jego środek przepływa rzeka Fjaðrá, mająca źródło w górze Geirlandshraun. Fjaðrá jest jednym z dopływów 115 kilometrowej rzeki Skaftá. Sam kanion jest wąski i ma kształt lekkiej serpentyny, podczas gdy jego ściany w wielu miejscach są niemal pionowe. To, w połączeniu z głębokością, sprawia, że widok z każdej perspektywy – zarówno z góry, jak i z dołu – robi ogromne wrażenie. Wrażenie, które przyciąga także artystów - nagrywał tutaj m.in. Justin Bieber.

 















PLAŻE

Skoro skały gór Islandii są czarne, to i plaże mają czarny piasek (lub żwirek). Czerń zestawiona z bielą fal morskich robi oszałamiające wrażenie.  Najsłynniejsze i najbardziej niezwykłe plaże na Islandii to głównie formacje wulkaniczne z czarnym piaskiem, lodowymi kryształami lub unikalnym kolorem podłoża. Chyba najsłynniejszą z nich jest Reynisfjara. Ta plaża to nie tylko wulkaniczny, czarny żwirek, bazaltowe kolumny, ale także wysokie i zdradliwe fale (ang. sneaker waves). Nazywa się tak fale, które nieoczekiwanie dopływają zdecydowanie dalej od fal je poprzedzających. Na Youtube można zobaczyć filmiki, jak fale z tej plaży porywają ludzi. 

 







 

Wielkie wrażenie robi również Diamentowa plaża, równie unikalna, co sama laguna. Swoją popularność – oraz turystyczną nazwę – Diamentowa plaża zawdzięcza topniejącym tu fragmentom lodowca z zatoki Jokulsarlon. Góry lodowe wypływają z zatoki krótkim przesmykiem na otwarty ocean, a tam prąd oceaniczny znosi je właśnie na tę plażę, gdzie wiele z nich stopniowo topnieje. Niewielkie resztki oderwanych od lodowca gór lodowych topniejące na czarnym wulkanicznym piasku tworzą bardzo ciekawe, choć nietrwałe, kształty i widoki. To właśnie one – białe, lodowe kamienie szlachetne błyszczące w słońcu na tle czarnego piasku dały nazwę temu niezwykłemu miejscu. I rzeczywiście, kiedy większa liczba takich niedużych lodowych głazów skrzy się na czarnym piasku plaży, skojarzenie z diamentową kolią położoną na eleganckim czarnym płótnie narzuca się samo.










 


Reykjavík 

Podczas pobytu na Islandii nie można przegapić wizyty w stolicy - Reykjaviku.  Co nam się rzuciło w oczy to przede wszystkim swobodna atmosfera tego sympatycznego miasta. To najbardziej wysunięta na północ stolica suwerennego państwa na świecie, a jego nazwa oznacza po islandzku „Zadymioną Zatokę”. Największe miasto Islandii zamieszkuje około 140 tysięcy osób. W samym Reykjavíku i jego obszarze metropolitalnym (Wielki Reykjavík) mieszka niemal połowa całej populacji Islandii. Co ciekawe, miasto w całości ogrzewane jest tanią i czystą energią geotermalną płynącą prosto z podziemnych gorących źródeł, dzięki czemu w kranach płynie naturalna gorąca woda o zapachu siarki. Tak jest generalnie w całej Islandii, bo to kraina dosłownie leżąca na gorącym kotle ciągle gotujących się wód podziemnych.
Symbolem miasta jest kościół Hallgrímskirkja o charakterystycznej fasadzie przypominającej bazaltowe kolumny wulkaniczne ma 74,5 metra wysokości, a jego projektowanie zajęło architektom ponad 40 lat. 
W stolicy Islandii czuliśmy się wyjątkowo bezpiecznie. W końcu Reykjavík uchodzi za jedno z najbezpieczniejszych miast na świecie, gdzie dzieci często zostawia się w wózkach przed kawiarniami, a poziom przestępczości jest bliski zeru. Podczas spaceru zobaczyliśmy słynny kościół, ulicę Skólavörðustígur - to tętniąca życiem i kolorowa ulica dla pieszych w Reykjaviku, znana z fantastycznych restauracji, wyjątkowych sklepów i żywej atmosfery. Mnóstwo tu zabytkowych budynków różnych stylów (w tym skandynawskiego). Po drodze byłą przerwa na słynne hot dogi w punkcie Bæjarins Beztu Pylsur, działającym od 1937 roku, hot dogi jadali m.in. Bill Clinton i zagraniczne gwiazdy (bazują one na mięsie baranim z dodatkiem wieprzowiny i wołowiny). Szczerze: bardzo słabe te hot-dogi. Celem spaceru była także niesamowita Harpa - sala koncertowa, która wygląda jak wielki lodowy statek dryfujący w morzu. Wewnątrz ogromne wrażenie robią krzywizny, które sprawiają abstrakcyjne wrażenie, że wszystko zrobione jest...krzywo! Nie jest to zwykła sala koncertowa. Harpa to architektoniczna opowieść o wyspie ognia i lodu, opowiedziana przez szklane panele, które zmieniają kolor jak zorza polarna, i przez sale, które brzmią jak echo islandzkich krajobrazów. Reykjavik urzeka klimatem, spokojem i różnorodnością. Niestety, nie było dużo czasu na delektowanie się miastem, ale pozostał przyjemny niedosyt...

 













 

WULKANY

Islandia słynie z niezwykłych wulkanów i rozległych, surowych pól lawowych, z których najsłynniejsze i najłatwiej dostępne znajdują się na półwyspie Reykjanes oraz w północnej części kraju. Półwysep Reykjanes (Fagradalsfjall, Litli-Hrútur i Sundhnúkagigar). Położony niedaleko Reykjaviku (około 50–55 km), gdzie w ostatnich latach miało miejsce wiele erupcji szczelinowych.Można tu zobaczyć młode kratery i świeże, zastygłe strumienie czarnej lawy przypominające księżycowy pejzaż. Mieliśmy szczęście chodzić po takiej świeżo zastygłej lawie, ale deszcz i wiatr tego dnia był tak silny, że ledwo doszliśmy na powrocie do samochodu...W wielu miejscach są wystawy zdjęć z wybuchu wulkanu (najsłynniejszy miał miejsce w 2010 roku, kiedy sparaliżowało ruch lotniczy w Europie), ostatnia erupcja zaś raptem rok temu!
 
 













 JEDZENIE
 
Teraz zmieniamy temat i chwilka o jedzeniu: Islandia to kraina ryb i jagnięciny oraz lukrecji. Lukrecja jest właściwie dodatkiem niemal każdej słodkości. Z tym że tutaj nie jest aż tak silna i nie narzuca się za bardzo smakiem. Słowem - jak nie przepadam za lukrecją, to ta islandzka jest ok z ryb najpopularniejszy jest Arctic Char. (u nas golec zwyczajny). Ma delikatne, różowe mięso o smaku i teksturze przypominającym coś pomiędzy pstrągiem a łososiem, ale jest od nich delikatniejszy i mniej tłusty. To najpowszechniejsza słodkowodna ryba w kraju, żyjąca w krystalicznie czystych jeziorach (np. Mývatn), rzekach oraz hodowana w ekologicznych warunkach zasilanych lodowcową wodą. Przyznajemy - jest pyszna! Innym przysmakiem jest baranina. Baranina i jagnięcina stanowią fundament tradycyjnej kuchni Islandii, a lokalne mięso słynie z czystości, ponieważ hodowla odbywa się bez użycia hormonów. W okresie letnim owce pasą się całkowicie swobodnie na górskich, dziewiczych terenach Islandii, żywiąc się trawą oraz dzikimi ziołami, co nadaje mięsu unikalny i złożony smak. Owiec jest tak dużo, że są praktycznie wszędzie, choć ich liczba podobno spadła z 900 tysięcy do 300 tysięcy! Ważna jest tutaj także wołowina, ale np. na Islandii nie uświadczycie specjalnie wieprzowiny (ta jest importowana np. z Danii). Warto też spróbować słynnych Islandzkich cynamonek snúður (lub kanilsnúður), mięciutkie, mokre i pyszne!
 
Pyszna baranina w Vik


Islandzkie cynamonki



UWAGA: ceny są jednymi z najwyższych w Europie. Za rybę w restauracji zapłacicie ponad 200 zł, za baraninę prawie 200, za zwykłą pizzę trzeba przeznaczyć ponad 100 zł. Kawa w kawiarni kosztuje minimum 25-30 złotych, za masło czy chleb w markecie trzeba liczyć między 20 a 30 złotych. Ceny na Islandii naprawdę są wysokie!
 
Na Islandii mieliśmy także przyjemność zobaczyć (mimo że niezbyt długo i skromną) zorzę polarną. Zorza polarna powstaje, gdy naładowane cząsteczki z wiatru słonecznego docierają do ziemskiej atmosfery i zderzają się z gazami takimi jak tlen oraz azot. Efekt to horyzontalne widowisko na niebie, które dosłownie wbija w ziemię!
 
 




 LOT

 Na koniec kilka słów o locie. Lecieliśmy z Katowic, linią Wizzair. Lot trwa około 4 godzin i leci się m.in. przez Niemcy, obok Danii dalej Morzem Północnym w kierunku Wysp Brytyjskich i Owczych aż nad Ocean Atlantycki. Na Islandii pogoda często jest zmienna i bywa, że wieje huraganowy wiatr, stąd nasz lot powrotny był opóźniony aż o 3 godziny! Po powrocie do Polski musieliśmy na nowo przyzwyczaić się do widoków, jakich w naszej pięknej Polsce nie ma. Różnica w krajobrazie jest tak skrajna, że  zbieranie szczęki z podłogi zajęło nam dobre 3 dni. Wiemy jedno - chcemy wrócić na północ Islandii! Tym razem wycieczkę realizowaliśmy z Aktywne Wyprawy. Polecamy! Może kiedyś - tak jeszcze niedawno mówiliśmy przed 1 wizytą ;) A więc...

 




















Tekst: Marcin Bareła, zdjęcia: Marcin, Marzena Bareła