poniedziałek, 18 marca 2019

Fotorelacja: Zoo w Opolu - 17 marca



Zapraszamy na przegląd zdjęć z Opolskiego Ogrodu Zoologicznego. Wybraliśmy się w niedzielę, 17 marca korzystając z promocji - Weekend za pół ceny i wyjątkowo dobrej pogody. Zoo w Opolu jest jednym z najnowocześniejszych w Polsce, posiadając w swojej kolekcji cenne okazy, niektóre zagrożone wyginięciem, m.in.: Mrówkojad olbrzymi, gepard, lemur mokok czy goryl nizinny. Wielką atrakcją jest pokaz medyczny uchatek. Ulubienicą publiczności jest uchatka Molly, która bez wahania wykonuje każdą komendę swojego pana. Oczywiście w jej pysku co chwila ląduje szprotka. Nie mniejsze wrażenie robi wybieg goryli. Te imponujące małpy, największe z naczelnych urzekają majestatem i dumą. Zważają się mieć gdzieś zwiedzających. Mocne wrażenie robią duże koty, w tym absolutnie przepiękny gepard, mistrz szybkości. Pięknie prezentują się żyrafy. Bardzo fajny projekt - suseł pozwala na spojrzenie na świat zwierząt z ich perspektywy, wchodząc do specjalnych dziupli. Nie brakuje placów zabaw i linoparku. Jedynie dojazd jest mocno zawiły, ale warto. Zapraszam na fotorelację:















Marcin, Marzena Bareła

niedziela, 17 marca 2019

Wycieczka: Apilandia - 16 marca.



Zapraszamy do Apilandii. To Interaktywne Centrum Pszczelarstwa - jedyne takie miejsce w Polsce w miejscowości Kleczna Dolna, gdzie w tak profesjonalny sposób promuje się temat pszczół i tajniki ich życia. W niesamowity sposób połączono tutaj ze sobą historię i nowoczesność; tradycję i innowację. Ekspozycja prezentowana jest za pomocą różnorodnych technologii multimedialnych, interaktywnych instalacji oraz animacji poglądowych. Każdy znajdzie tu coś dla siebie - dorośli mnóstwo ciekawostek z życia pszczół a dzieci również edukacyjne zabawy - na przykład można stworzyć i nazwać pszczelarza, dobierając strój i akcesoria. Wyjątkowe wrażenie robi instalacja "Miodem Płynąca" - składa się z 27 metrów elementów stalowych i 75 metrów szkła akrylowego, w których nieustanie tłoczony jest płynny miód. Widok sprawa kosmiczne wrażenie, jakby robiono gigantyczny eksperyment z cieczą podejrzanego pochodzenia, ale to tak naprawdę tylko miód. Bardzo ciekawa sekcja dotyczy tajników zawodu, gdzie można wcielić się w życie pszczelarza. Każdy uczestnik ma możliwość nie tylko poznać narzędzia pracy pszczelarza, ale również samodzielnie wykonać jego obowiązki, korzystając z interaktywnych przyborów wykorzystywanych przez pszczelarzy. Możemy zatem pokręcić korbą, napędzając jedną z miodarek. Wygląda to jak nowoczesna i stalowa wirówka ręczna, a służy własnie do odwirowywania miodu z plastrów. Mamy również podkurzacz czyli przyrząd do odymiania pszczół złożony z korpusu i mieszka. Stosuje się go do uspokojenia podrażnionych pszczół. A zawsze myślałem, że dym je jeszcze bardziej drażni...



Ideę promowania życia pszczół i ich ochrony zrealizowano poprzez arcyciekawą akcję: "Pszczoły przetrwają gdy kwiaty zapylają". Mocno zaangażowali się tutaj również właściciele Apilandii - Państwo Łysoń. Akcja nie tylko wskazywała, jak człowiek niemający nic wspólnego z pszczelarstwem może pomóc chronić te owady (na przykład poprzez udostępnianie pszczelarzom swoich sadów na pasieki), ale też poruszała problemy środowiska pszczelarskiego (choroby, zagrożenia). Akcja była nietuzinkowa - jesienią 2017 roku 13 Fiatów 126p wyruszyło z krakowskiego Rynku Głównego szlakiem miast środkowej i wschodniej Polski aż do Koszalina, gdzie 16 i 17 września odbyły się Ogólnopolskie Dni Pszczelarza. Wyjazd miał wiele przystanków na których promowano lokalne pszczelarstwo i dyskutowano o problemach w branży. Ogółem samochody pokonały ponad 1500 km. Odruchowo rodziło się pytanie, czy na trasie nie było problemów z kultowymi Maluchami. Problemów być nie mogło, bo za korowodem jechał wóz techniczny, zatem zaopatrzenie na wszelkie "W" było na miejscu. W Apilandii można zobaczyć filmik z wydarzenia, który wyświetla się...na tylnej szybie zielonego Malucha. Mistrzostwo.




Bardzo ciekawa ekspozycja to ule, z których wyjmuje się plastry. Każdy plaster to osobne zagadnienie, które wyświetla się na ekranach powyżej. Oryginalnym pomysłem jest też możliwość sprawdzenia, jaka jest temp. w ulu - w tym celu trzeba włożyć rękę do specjalnej tuby. Latem temperatura wewnątrz ula może wynieść nawet 35 stopni a zimą około 12. Co ciekawe, dziś coraz popularniejsze są ule styropianowe. Są one nie tylko lżejsze od drewnianych, ale także zdrowsze dla pszczół. Nie chłoną wilgoci, przez co minimalizują wystąpienie grzybów chorobotwórczych. Znacznie lepiej utrzymują ciepło w ulu. Korzyści jest znacznie więcej. Styropian, po sprasowaniu i odpowiedniej obróbce jest malowany i zabezpieczony warstwami ochronnymi. Na wszystkich czeka filmik, w którym sympatyczna pszczółka opowiada o swoim losie. Widać, że miejsce jest stworzone dla dzieci.



A oto więcej ciekawostek z życia pszczół:

Pszczoła żyje między 30 a 40 dni.

Pszczoły zbieraczki pobierają nektar z kwiatów, dodają pierwsze enzymy i przynoszą do ula. W ulu przekazują nektar pszczołom ulowym, które wzbogacają świeży nakrop w aminokwasy, kwasy organiczne, dalsze enzymy rozkładające wielocukry na cukry proste i roznoszą nektar po wielu komórkach celem jego zagęszczenia. W miarę gęstnienia, miód przenoszony jest do następnych wyżej położonych komórek, jednocześnie dalej wzbogacany w związki organiczne. Dojrzały gęsty miód jest zasklepiany, komórki plastra zamykane są cienką warstwą wosku.


Miód to: 80% naturalnych cukrów, 18% wody, 2% składników mineralnych, witamin, protein i pyłku.

Podczas lotu pszczoła wykonuje 350-435 ruchów skrzydłami na sekundę, czyli 11 400 razy na minutę.

Pszczoła lotna wylatuje między 7 a 15 razy dziennie. Czas trwania lotu to około 25-45 min a przerwy w locie trwają ok. 5 min.

Przeciętny zasięg lotu pszczół to 3 km, ale są pszczoły które potrafią pokonać nawet 10 km.

Przeciętna szybkość pszczoły to 24 km / h.


Pszczoły mają znakomitą pamięć i zapamiętują wędrówkę do kwiatów. Kierują się także położeniem słońca, a kwiaty wysyłają niewidzialne dla nas promieniowanie ultrafioletowe, które nakierowywuje pszczoły do pożywnego nektaru.

Pierwszy lot pszczoły to kilkugodzinny lot zwiadowczy, który ma za zadanie zorientowanie się w terenie.

Pszczoły miodne żyją w rojach od 20 do nawet 100 tys osobników. Jest wśród nich jedna królowa, setki trutni i tysiące robotnic. Rój silny to ok. 3 kg pszczół a słaby – 1 kg. W jednym kilogramie miesci się 8 500 pszczół wypełnionych miodem.

Pszczoły porozumiewają się za pomocą tańca i dźwięków.

Rodzina pszczela składa się w 2/3 z pszczół ulowych (młodych) i w 1/3 z lotnych.


Żeby wyprodukować 1 kg miodu, pszczoła musi zebrać około 3 kg nektaru, odwiedzić ok. 4 mln kwiatów i przy średniej długości lotu 800 metrów musi pokonać 40 000 km (jedno okrążenie kuli ziemskiej).

Nektar to słodki i aromatyczny i bogaty w składniki odżywcze płyn wydzielany przez miodniki kwiatów. Pszczoła pobiera go, wpuszczając w głąb kwiatu trąbkę o długości 6 mm. Pszczoła zbieraczka gromadzi nektar w wolu, w którym mieści się nektar z około tysiąca kwiatów.

W polsce mamy około 65 miliardów pszczół, czyli ok. 1,5 mln rodzin pszczelich. Na każdego polaka przypada 1500 pszczół.

Królowa w rodzinie pszczelej jest tylko jedna, żyje nawet 5 lat i składa nawet 3 tysiące jaj dziennie. Jaja zapładniają trutnie, po czym umierają. Z jaj zapłodnionych wylęgają się osobniki żeńskie, natomiast z niezapłodnionych trutnie.


Królowa matka waży 0,17 - 0,2 g, pszczoła waży 0,1 g, a truteń 0, 24 g.

Potrafią tak doskonale ocenić odległośc, że pokonują najkrótszą drogę od jednego kwiatu do drugiego.

Pszczoły są owadami, których temperatura ciała nie może spaść poniżej 8 stopni, inaczej umierają. Nie zapadają w sen zimowy, dlatego w okresie między listopadem a marcem, pszczoły żeby przetrwać tworzą tzw. kłęb zimowy. Jest to skupisko pszczół w dolnej części ula, mające nad sobą zapasy pokarmowe, które w miarę ubywania pokarmu przesuwa się coraz bardziej do góry. Pszczoły robotnice wykonują ciężką pracę, poruszając skrzydłami wydzielają niezbędną do życia energię cieplną.

Niezwykle ważną rolę odgrywają pszczoły w leśnictwie. Ich praca służy zwiększeniu ilości płodnych i zdrowych nasion, potrzebnych do odnowienia lasu, pożywienia dla ptactwa jak i zwiększenia urodzaju owoców leśnych (jagody, maliny).


Serdecznie zapraszam do Apilandii. Niepozorne miejsce niedaleko Wadowic zrobiło na nas kolosalne wrażenie, szczególnie że sposób przekazu informacji jest nietuzinkowy i nowatorski. Nie zapomnijmy o sklepie, w którym można kupić przysłowiowe mydło i powidło. Byle z miodem. A na koniec można skosztować pysznej i taniej kawy, nacieszyć oko widokami na Beskidy i poczuć dumę, że są ludzie, którzy potrafili docenić naszych małych przyjaciół. Bo pamiętajmy, że jeśli zginie ostatnia pszczoła, pozostanie nam najwyżej kilka lat życia...




Zapraszam na stronę www:
http://centrum-apilandia.pl/

Marcin Bareła

sobota, 24 listopada 2018

Wycieczka: Kłodzko i okolice 5-7.10


Zapraszamy na relację z naszej ostatniej wycieczki z Kłodzkiem w roli głównej.

Wyjechaliśmy tuż po pracy w piątek, 5 października i już około godz. 21.00 rozpoczęliśmy wieczorny obchód po Kłodzku: widzieliśmy gotycki most Św. Jana. Jest to piękny zabytek, pochodzący jeszcze z końca XIV wieku, chociaż porównania do praskiego Mostu Karola są w moim odczuciu jednak mocno przesadzone. Budowę mostu w wersji pierwotnej prawdopodobnie zakończono w 1390 roku, a figury znajdujące się na nim zaczęły się pojawiać od XVI do XVIII w. Fundowane przez hojnych i zamożnych mieszczan, z czasem zaczęły żyć własnym życiem i stworzyły coś w rodzaju galerii. W ciągu wielu wieków istnienia most był wielokrotnie przebudowywany i wzmacniany. W 1655 roku ustawiono na moście pierwszą z sześciu ufundowanych przez mieszkańców Kłodzka i miejscową szlachtę, figurę wotywną: była to Pieta i tak oto rozpoczęło się dekorowanie mostu barokowymi figurami, z których dominuje figura św. Jana Nepomucena - patrona mostów (i nie tylko).

Początki historyczne Kłodzka sięgają jeszcze X wieku. Targane przez wieku wojnami i wszelkimi kataklizmami, nigdy całkowicie nie straciło swojej roli ważnego centrum handlowego i rzemieślniczego. Niezwykłych wrażeń dostarcza zwiedzanie Podziemnej Trasy Turystycznej, o długości ok. 600 m, będącej pamiątką po kilkukondygnacyjnych wyrobiskach korytarzowo-komorowych przekopanych pod miastem przez mieszkańców Kłodzka. W czasach pokoju piwnice wykorzystywano jako magazyny, w czasie wojen jako schrony. Wielowiekowe zaniedbania doprowadziły, w latach 50. XX w., do katastrofy budowlanej. Dzięki wiele lat trwającej akcji ratunkowej zabezpieczono podziemne korytarze i komory, a efektem prac ekipy ratunkowej jest trasa rozciągająca się pod śródmieściem miasta, która kilka lat temu przeszła gruntowną modernizację. Trasa niestety nie nadaje się dla dzieci, czego nam nie powiedziano. Zbyt dużo jest tam drastycznych wizualizacji (sala tortur), są nawet dobiegające gdzieś z głośników krzyki torturowanych...Musieliśmy dosyć szybko uciekać z dziećmi, chociaż sekcja o dawnych sposobach karania jest arcyciekawa.

Dużo można dowiedzieć się m.in o...studniach. Średniowieczne i wczesnonowożytne Kłodzko wyposażone było w kilkanaście publicznych i prywatnych studni czerpalnych, ulokowanych w obrębie murów miejskich i zabudowań na Górze Zamkowej (tam korzystano z pięciu studni: najstarsza pochodziła z 1393 roku i zwana była Tumską, a najgłębsza - Piekarska,była głęboka na ok. 60 m). Studnie były ściśle chronione. Nie zapobiegło to jednak przypadkom zatrucia wód, o czym mówi legenda z 1806 roku, jakoby zatruto Studnię Piekarską, celem czego miało być zatrucie pruskich żołnierzy na korzyść armii francuskiej, próbującej zdobyć Twierdzę Kłodzko. Woda miała być zatruta również w 1622 r, kiedy Kłodzko oblężone było przez Austriaków. Jedynym ratunkiem dla mieszkańców były dwie studnie prywatne, z czego jedna należała do chciwego piekarza imieniem Ernest, który kazał płacić za pobraną wodę...Znaczenie czerpalnych studni miejskich zmniejszyło się wskutek powstania wodociągów w 1540 r., zasilających studnie pełniące odtąd funkcję ujęcia wody.

W Kłodzku zwiedziliśmy również Twierdzę Kłodzko. Z jej wyższych partii można podziwiać przepiękną panoramę miasta i okolicznych gór, wewnątrz – zobaczyć dobrze zachowane ślady kultury militarnej i wystawy poświęcone historii tego miejsca, a w podziemnych labiryntach – poczuć klimat dawnego żołnierskiego życia. Twierdza Główna położona jest na Górze Fortecznej (369 m n.p.m). W Twierdzy trafiliśmy na bardzo dobrą Panią przewodnik, która konretnie, rzeczowo i humorystycznie opowiadała o zabytku. Było między innymi o tym, że jedno z zabytkowych dział w dawnym magazynie wina jest skierowane na tutejszy Urząd Skarbowy...Z ciekowastek w tym miejscu kręcono jedną ze scen ostatniego odcinka kultowego serialu "Czterej Pancerni i pies".

Podczas oblężenia twierdzy, jedną z metod walki było robienie przez wrogów podkopów pod dzieła obronne twierdzy w celu ich wysadzenia. Dlatego też w twierdzy stworzono system chodników kontrminerskich, czyli korytarzy, którymi obrońcy warowni mogli zarówno wysadzać stanowiska artyleryjskie nieprzyjaciela oblegającego twierdzę, jak również likwidować ewentualne podkopy wroga. Łączna długość tych korytarzy wynosi ok. 40 km. Ponieważ nigdy nie były one wykorzystane, przetrwały w pierwotnej formie i część labiryntu jest udostępniona do zwiedzania.

Nie zabrakło również spaceru wokoł Rynku z Ratuszem i Kościoła Wniebowzięcia NMP, który niestety nie udostępniono tego dnia do zwiedzania.

Drugiego dnia pojechaliśmy najpierw do Kudowy Zdrój. To malownicze uzdrowisko położone w dolinie, na wysokości 370-420 m n.p.m., u stóp Gór Stołowych lezy przy granicy z Czechami. Lecznicze walory tutejszych wód mineralnych docenione zostały już w XVII wieku, kiedy to założono uzdrowisko. Kudowa Zdrój jest doskonałą bazą wypadową na wycieczki w pobliskie Góry Stołowe (Błędne Skały i Szczeliniec Wielki). Obiekty uzdrowiskowe skupiają się głównie w Parku Zdrojowym u podnóża Góry Parkowej. Stoi tu zabytkowy budynek Sanatorium "Zameczek" o ciekawej architekturze i charakterystycznym dla dawnego budownictwa dolnośląskiego łamanym dachu. Naprzeciw wznosi się budynek Pijalni nawiązujący stylem do architektury "Zameczku". Wydaje się w niej wody z trzech źródeł. Obowiązuje symboliczna opłata za możliwość napełnienia dosyć specyficznej wody o dosyć siarkowym zapachu i stęchłym smaku. Ale czego nie zrobi się dla zdrowia. Potem przyszedł czas na wizytę w znakomitym barze mlecznym. Najbardziej nietuzinkową atrakcją Kudowy jest... Muzeum Żaby. Jest to pierwsze w Polsce Muzeum poświęcone żabom we wszelkiej postaci. Muzeum zostało otwarte 2002 roku, znajduje się przy Dyrekcji Parku Narodowego Gór Stołowych. Celem utworzenia tego nietypowego muzeum jest wyeksponowanie przedmiotów codziennego użytku wiążących się w sposób pośredni lub bezpośredni z wizerunkiem płazów a w szczególności żab....

Dzielnicą Kudowy Zdrój jest Czermna i tam znajduje się jedna z większych atrakcji Kotliny Kłodzkiej - Kaplica Czaszek. Kaplica Czaszek w Czermnej powstała z inicjatywy lokalnego proboszcza w XVIII w. który po znalezieniu w okolicy szczątków ludzi poległych w walkach postanowił zebrać kości, tworząc swego rodzaju hołd osobom często bezimiennym, którzy stracili życie w wyniku nie tylko wojen, ale także klęsk głodu czy chorób. Kilka tysięcy czasem możemy zobaczyć na scianach i suficie kaplicy, kolejnych kilkanaście tysięcy leży w specjalnej krypcie poniżej.

Kolejnym przystankiem była Polanica Zdrój. Jest najmłodszym uzdrowiskiem Ziemi Kłodzkiej. Otoczona lasami, z rozległym Parkiem Zdrojowym i licznymi trasami spacerowymi jest jednym z najbardziej urokliwych zakątków Sudetów. Pierwsze wzmianki o istnieniu w okolicy źródeł mineralnych pochodzą już z XVI wieku, ale właściwy rozwój Polanicy jako uzdrowiska rozpoczął się dopiero w wieku XIX. Początkowo istniały źródła "Józef" i "Jerzy". Dopiero jednak odkrycie na początku XX w. nowych źródeł wód mineralnych, które otrzymały nazwę "Wielkiej Pieniawy" było początkiem prawdziwego rozkwitu. Od tej pory Polanica stała się modnym i chętnie odwiedzanym przez kuracjuszy kurortem. Tak też jest do dziś. Nawet krótki pobyt pozwala zregenerować siły zarówno fizyczne jak i psychiczne.

Największą atrakcją jest na pewno wspomniany Park Zdrojowy o powierzchni 13 ha, w którym można podziwiać duże skupiska przepięknie kwitnących różaneczników. Jak w każdym uzdrowisku mamy tu też Pijalnię Wód Mineralnych. Budynek w stylu klasycyzująco-secesyjnym powstał w latach 1911-1913 jako obiekt sanatoryjny. Z pijalnią sąsiaduje Teatr Zdrojowy im. M.Ćwiklińskiej. Przy głównej alei parku znajduje się charakterystyczne sanatorium "Wielka Pieniawa". Dokładnie na wprost niego fontanna niby zwyczajna, ale wieczorem w sezonie organizuje się tutaj pokazy świetlne, które cieszą oko. Udało nam się na takowy załapać. Park jest przepiękny, woda smaczna, uzdrowisko kipi życiem i blichtrem. Była nawet radiowa Trójka i Piotr Stelmach...

Ostatniego dnia jedziemy do Wambierzyc, by zobaczyć słynną Bazylikę Matki Boskiej Wambierzyckiej. Architektura obiektu to prawdziwy majstersztyk: Do świątyni prowadzą monumentalne, kamienne schody o trzech ciągach. Wszystkich stopni jest 56, z czego 33 w środkowym ciągu symbolizuje lata życia Jezusa na Ziemi. Kolejnych 15 stopni nad pierwszym tarasem oznacza lata życia Maryi przed jej Boskim Macierzyństwem. Imponująco wielka fasada ma 52,5 m wysokości, utrzymana w stylu późnego renesansu podzielona jest na trzy części, z których środkowa jest najszersza. Według legendy, w 1200 roku Jan z Raszewa w cudowny sposób odzyskał wzrok i zobaczył umieszczony na lipie wizerunek Matki Bożej z Dzieciątkiem. W dowód wdzięczności, w 1218 roku, wystawił pod lipą drewniany ołtarz. W II połowie XIII wieku obok lipy zbudowano drewniany kościółek z cudownym wizerunkiem Matki Bożej. Na przełomie XIV i XVI wieku była w tym miejscu parafia, a na początku XVI w. późnogotycki kościół. Obecną Bazylikę budowano w latach 1715-1720. Nie tylko świątynia ale także otoczenie jest magiczne: kalwaria z surowymi kapliczkami i przepiękna aleja prowadząca do tzw. czterech dzwonów, gdzie maluje się iście sielski widok na kościół i miasteczko. Nawet dzieci były zachwycone...

W drodze powrotnej witamy również w Lądku Zdroju, które - mimo że szczyci się mianem najstarszego uzdrowiska w Polsce - robi dosyć przygnębiające wrażenie. Już sama droga ze Złotego Stoku może przetestować nasze amortyzatory, a wizyta na opustoszałym Rynku w towarzystwie rzucającego mięsem menela nie należy do najprzyjemniejszych. Dobrze, że chociaż Park Zdrojowy ze słynnym Domem Zdrojowym Wojciech ratuje honor, ale istotnie jest co robić w tym skądinąd przepięknie położonym mieście. Czara goryczy może się przelać już bardzo niedługo. Otóż kompleks Domu Zdrojowego wraz z muszlą koncertową w Lądku Zdroju mogą zostać sprzedane. Gminie nie udało się pozyskać 18 mln zł dotacji na rewitalizację. Wygasa więc użyczenie obiektu od uzdrowiskowej spółki. Dom Zdrojowy wraz z muszlą koncertową należą do spółki Uzdrowisko Lądek-Długopole podlegającej urzędowi marszałkowskiemu. Gmina Lądek-Zdrój wydzierżawiła obiekt, by pozyskać 18 mln zł dotacji i koordynować rewitalizację tej części uzdrowiska. Jednak urząd marszałkowski dotacji nie przyznał. Jak widać, mimo że w tym roku przypada 777-lecie historii kurortu Lądek-Zdrój, powodów do świętowania raczej brak.

Po drodze zatrzymujemy się jeszcze w Paczkowie, by podziwiać pierścień murów obronnych z XIV wieku, jeden z lepiej zachowanych tego typu obiektów w Polsce. Nie dość, że nieźle zachowane, to jeszcze miejscami wysokie na 7 metrów, zbudowane z kamienia łamanego, otaczają miasto regularnym owalem o długości 1200 metrów. To właśnie dzięki murom obronnym Paczków znany jest jako „Polskie Carcassonne“. Dawniej mury sięgały 9 metrów. W ich ciągu osadzone były baszty łupinowe, z których do dziś przetrwało 19 (dawniej było ich 24). Ich wygląd jest różny - niektóre sięgają wysokości murów obronnych, inne wyraźnie je przewyższają. W wielu z nich dobrze zachowały się liczne otwory strzelnicze. Na mury jeszcze do niedawna można było wejść - jedną z atrakcji była drewniana kładka. Jednak w tym roku doszło do tragicznego wypadku i kładkę zamknięto.

Najbardziej niespodziewanym akcentem tej wspaniałem wycieczki dla nas będzie niesamowite pole dyniowe z warzywami porozrzucanymi po polach i w towarzystwie dosyć nietypowych biedronek, o których później się dowiedziałem, że jest to agresywna odmiana ajzatycka. I faktycznie - było ich co nie miara. Wszędzie. A jedna pomarańczowa dynia nadal wita nas tuż przy wejściu do domu. Do następnej relacji :-)

Tekst i zdjęcia: Marcin, Marzena Bareła