czwartek, 9 marca 2017

Wycieczka: Lelów - Nakło - Szczekociny - Pilica - Smoleń - Bydlin


Zapraszamy na lokalne zwiedzanie w ramach odkrywania perełek architektonicznych okolicznych wsi i miast. Zaczynamy od Lelowa, miasteczka słynącego jako ośrodek kultu religijnego społeczności żydowskiej. To tutaj zjeżdżają się Chasydzi raz w roku, by oddać hołd cadykowi Dawidowi Biedermanowi, który ma tutaj swój grobowiec. W Lelowie organizowany jest co roku festiwal kultury polsko-żydowskiej Ciulim - Czulent. Miasteczko ma także całkiem ładny Kościół św. Marcina, niestety zamknięty poza uroczystościami. Jego historia jest nader tragiczna: podczas okupacji Niemcy postanowili świątynię, wraz z krucyfiksem spalić. W jakiś cudowny sposób rzeźba Ukrzyżowanego z płomieni ocalała. Dziś znajduje się w prezbiterium kościoła, który po wojnie wysiłkiem wielu odbudowano.

Z Lelowa jedziemy do Nakła, gdzie stoi wspaniały Kościół św. Mikołaja z dostojnym, barokowym wnętrzem. Warto zwrócić uwagę na ambonę i marmurową chrzcielnicę. Ciekawe są także epitafia wmurowane w ścianę świątyni. Obok kościoła stoi wymurowana w 1830 roku dzwonnica z niewielką, blaszaną kopułą na dachu. Dzwonnica pełni również funkcję głównej bramy prowadzącej na cmentarz przykościelny. Zaraz obok widzimy zabytkowy budynek, gdzie kiedyś był szpital, następnie szkoła. Wrażeniu całości dopełnia sielska, zielona okolica.

W Nakle stoi jeden z niezliczonych w Polsce zespołów pałacowo-parkowych. Klasycystyczno-barokowy Pałac w Nakle to jeden z pozytywnych przykładów ratowania dziedzictwa architektonicznego Polski - o zabytek dbają obecni właściciele, Marzenna i Kehrt Reyherowie, którzy prowadzą prace renowacyjne od 2004 roku. Obecnie mieści się tutaj hotel. "Pobyt w Nakle to wycieczka do Starej Europy, wycieczka w czasie i do pięknych zakątków polskiej natury. Dołożyliśmy jednak starań, aby w tych szlachetnych murach pojawiła się nowoczesność. Dlatego każdy z czterech apartamentów – o wymiarach średniego polskiego mieszkania – ma super wygodną, jednocześnie bardzo stylową łazienkę." - tak właściciele zachwalają swój pałac - hotel. Mocno dziwi zatem brak jakiegokolwiek oznakowania, informacji dlatego do obiektu trafia się trochę po omacku. Również brama wjazdowa wraz z kruszejącymi murami daje wątpliwości, czy na pewno trafiliśmy do celu...

Jedziemy dalej aż do Szczekocin. Miasto, które dziś większość kojarzy (niestety) z katastrofy kolejowej, ma całkiem duży rynek, spory wybór sklepów i knajp i panuje tu ogólnie duży ruch. Celem każdego wędrowca jest Zespół Pałacowo - Parkowy Dembińskich, ale jeśli w przypadku Nakła jest się czym chwalić - tutaj wręcz przeciwnie, są powodu do wstydu i zadumy. Rozbuchana, XVIII wieczna budowla w stylu klasycyzmu i baroku jest dziś na skraju zawalenia się. Jeszcze w czasach PRL w pałacu mieściła się szkoła, zaś latem służył on m.in. junakom z Ochotniczych Hufców Pracy. W 1980 r. budynek został znacznie zniszczony przez pożar, ale nawet wtedy znalazły się fundusze i ochota, by go odbudować. Dziś pozostaje na marginesie i popada w ruinę a władze Szczekocin już kilka lat próbują go sprzedać, za wcale niemałe pieniądze. Może, gdyby sprzedać zabytek za przysłowiową złotówkę znalazł by się nabywca, ale kwestią sporną mogłyby być sprawy spadkowe oraz sam remont budynku, wart kilkadziesiąt milionów złotych. Znajdzie się odważny? Warto zwrócić uwagę na przepiękny park z 300- letnim drzewostanem, ciekawy mural na murach wokół kompleksu. Świetne miejsce na spacer.

W Szczekocinach trudno nie zauważyć Kościoła św. Bartłomieja z XVII wieku w stylu klasycystycznym. Najefektowniejsza jest fasada główna, ozdobiona pilastrami toskańskimi i zwieńczona tympanonem. Fasadę flankują dwie wieże przykryte hełmami. Właśnie te dwie wieże nadają tej świątyni osobliwy charakter. Udało mi się zajrzeć do środka, ale nie ma tutaj tego zabytkowego klimatu - wszystko wydaje mi się zbyt wygładzone, zwłaszcza malarstwo.

Jedziemy dalej, aż do Pilicy. Warto tutaj zobaczyć gotycki Kościół pw Jana Chrzciciela z XIV wieku. Świątyni nie ominęły grabieże, jednak nigdy nie została zniszczona. Wielokrotnie jednak ją przebudowywano, mimo to prezbiterium do dziś zachowało swój gotycki styl. Na zewnątrz imponująco prezentują się zabytkowe dzwony, ustawione na kamiennych piedestałach. Kościół niestety zamknięty poza uroczystościami. Idziemy ulicą Senatorską aż do kolejnego Pałacu, zwanego również ze względu na otaczające go fortyfikacje - Zamkiem w Pilicy. Tutaj chciałbym się zatrzymać na dłużej. Bardzo mnie to miejsce zaintrygowało, nawet wówczas gdy zobaczyłem trzy ostrzegawcze tablice sugerujące żeby nie zbliżać się do zabytku. Szeroko otwarta brama wjazdowa i zapewnienia mieszkańców że "obiekt można zwiedzać" przekonały mnie by wejść. Mimo, że Pałac otaczają zabudowania, w których mieszkają rodziny, nie zastałem żywego ducha. Widząc zaparkowany samochód jestem pewien że ktoś tutaj jest, pukam więc od jednych drzwi do drugich, cisza. Nagle dobiega do mnie mały na szczęście pies i szczeka wściekle, kawałek dalej puszysty kot obgryza kurzą łapkę. Widząc to wszystko razem z niszczejącym pałacem, zastanawiam się poważnie, czy z tego dziwnego miejsca czym prędzej się nie oddalić. W końcu podjeżdża samochód pod pałac i wysiada zarządca obiektu, tłumacząc "Ostrzeżenia są po to, żeby coś panu się tutaj nie stało. W każdej chwili może się posypać tynk na głowę". Dlaczego zatem wszyscy mówią, że tutaj można wchodzić? - pytam. "To tak jak z sąsiadem: Niejeden powie - tutaj na placu są dobre czereśnie, można wejść i zjeść parę, nic się nie stanie" - mówi mi mężczyzna. Tłumaczy, że właściciele chcą budynek remontować, ale nadal nie ma odpowiedniej ustawy reprywatyzacyjnej, by można było cokolwiek zrobić. Pytanie, kto jest tutaj właścicielem? W 1989 roku Pałac kupiła milionerka Barbara Piasecka - Johnson (tak, od tych słynnych Johnsonów), gdy zaczęły się prace remontowe w tym samym roku, nagle odezwali się potomkowie rodziny Arkuszewskich, dawnych właścicieli Pałacu, z żądaniami finansowymi, których nawet Piasecka - Johnson nie była w stanie sprostać. Spadkobierców jest tak dużo, że sprawa ciągnie się do dziś, a piękny klasycystyczny zabytek wali się w oczach. Gdzie dwóch się bije, tam trzeci upada można by rzec. Nie wiadomo, co dalej z zabytkiem który dziś przyciąga majestatem, ale straszy również swoim stanem. Pałac w Pilicy jest naprawdę w kiepskim stanie. Warto przejść się przepięknym parkiem i zobaczyć zabytkową studnię.

Wsiadamy do niezawodnego Opla Astry i jedziemy do Smolenia, gdzie znajduje się Zamek z XIV wieku, zwany Zamkiem Pilcza. Kiedyś prężnie prosperujący, jednak gdy ówcześni właściciele przenieśli się do Pilicy - Zamek podupadł. Warownia ucierpiała w wyniku Potopu Szwedzkiego. Dała się we znaki również pogoda - zimą 2010 roku, w wyniku złamania kilku drzew przy jednoczesnym złym stanie murów, doszło do uszkodzeń zamku. Nadal jednak jest to jeden z lepiej zachowanych jurajskich zamków, świetnie zagospodarowany (drewniane schody pozwalają wspiąć się na wysokość murów), otoczony pięknym rezerwatem. Doskonałe miejsce dla całych rodzin. Miejscowość Smoleń słynie jeszcze ze...stoku narciarskiego.

Ostatnim etapem wycieczki jest pobliski Bydlin - mała wioska gdzie stoją ruiny zamku... właśnie. Historia powstania skromnego zameczku w Bydlinie z uwagi na niedostępność źródeł ginie w mrokach dziejów, trudno więc o jednoznaczne określenie, kiedy oraz przez kogo obiekt został zbudowany. Istnieje nawet opinia, że budowla ta nigdy nie była zamkiem i od początku do końca pełniła przede wszystkim funkcje sakralne. Usytuowanie na wzgórzu może jednak dać obraz, że był to zamek obronny, świadczą o tym również prace archeologiczne z 1989 roku. Miejsce to słynie z historycznych wydarzeń. Na początku I wojny światowej, 17 listopada 1914 r., legioniści pod dowództwem komendanta Trojanowskiego okopali się, zajmując pozycje na wzgórzu zamkowym, a następnie ruszyli na stojące w Załężu wojska rosyjskie, rozpoczynając w ten sposób bitwę pod Krzywopłotami.


Tekst i zdjęcia: Marcin Bareła

sobota, 18 lutego 2017

Włochy - Wokół Lago di Como i Zoo Le Cornelle


Zapraszam na ostatnią odsłonę wyprawy do Włoch.

Lago Di Como jest idealnym miejscem ucieczki od zgiełku miasta. Trzecie największe i pierwsze pod względem głębokości jezioro Włoch ma miejsca zupełnie magiczne. Jednym z takich miejsc jest Colico - niewielkie miasteczko na północnym krańcu Lago di Como, gdzie do jeziora wpada rzeka Adda i małe jezioro Mezzola. Wokół widać majestatycznie wierzchołki alpejskich szczytów, a piękno krajobrazu dopełnia krystalicznie czysta woda Como. Miasteczko nie dostarcza spektakularnych doznań turystycznych, ale jest idealnym miejscem pieszych i rowerowych wędrówek.

Po drugiej stronie jeziora, na jego południowo-zachodnim krańcu znajduje się Como, wizytówka Włoch i czwarte najpopularniejsze wśród turystów miasto Lombardii. W Como istotnie ciężko się nudzić, na każdym kroku czekają restauracje, sklepy, kościoły. Nas jednak w pierwszej kolejności zaciekawiła kolejka do położonej na wys. powyżej 700 metrów wiosce Brunate, skąd można podziwiać całe miasto i Alpy, pod warunkiem dobrej widoczności a niestety mgły zalegają często. Brunate urzekło nas ciaśniutkimi uliczkami, gdzie można się przywitać z sąsiadem z okna własnego domu, znakomitym górskim powietrzem i przepiękną architekturą.

W Brunate przecinają się alpejskie szlaki piesze, a jeden z traktów prowadzi do ślepej uliczki - platformy widokowej za tajemniczym zakrętem gdzie dalej jest już tylko siatka druciana i stromy spad. Jest tutaj też całkiem ładny kościół św Andrzeja Apostoła, gdzie w środku...gra przyjemna, anielska wręcz muzyka. Naprawdę klimatyczne miejsce na sporej górze...

Po powrocie na dół, w Como nie mieliśmy już przesadnego komfortu czasowego, ale udało się wejść do Katedry, zbudowanej na miejscu dawnego obiektu Santa Maria Maggiore, datowanej na wiek XV. Katedra jest uważana za ostatni tego typu obiekt gotycki we Włoszech, naszym zdaniem nie ustępująca urokowi takiej Duomo Di Milano a może i nawet piękniejszej? Ale czy we Włoszech można cokolwiek podzielić na piękne i piękniejsze?

Znalazł się jeszcze czas na spacer promenadą wśród zacumowanych łódek, oraz na zdjęcie w obowiązkowym punkcie Como - Life Electric, czyli futurystycznej rzeźbie zaprojektowanej przez Daniela Libeskinda, będącej rodzajem hołdu dla Alleksandra Volty, wynalazcy baterii elektrycznej, który tutaj się urodził i umarł.

Tak, spacerem po mini parku skończył się nasz pobyt w Como. Miasto będziemy wspominali jako jedno z przyjaźniejszych, z doskonale rozwiniętą bazą turystyczną (mnóstwo hoteli, restauracji, centrum informacji turystycznej, darmowe mapy) i fantastycznym klimatem, zwłaszcza w pamiętnym Brunete. Przyszedł czas na ostatni akord tej wycieczki - wizytę w Zoo Le Cornelle w miasteczku Valbrembo pod Bergamo. Zoo, utworzone w 1981 roku szczyci się sporą kolekcją zwierząt z czterech rodzin: ssaki, gady, płazy i ptaki. Jest to doskonała frajda zwłaszcza dla dzieci, dlatego nasza córeczka była zachwycona wariacjami małp, śpiewem papug i...tygrysami które wyraźnie miały na dziecko chrapkę i tylko pancerna szyba oddzielała świat zabawy od dramatu. Wielkie i piękne koty śledziły Gosię przy każdym, najmniejszym ruchu, aż dosłownie "ślina im ciekła". Podobnie było z pumami, ale dla przeciwwagi bardzo przyjazna i skora do psot była niewielka gazela, która przyszła się przywitać. Mocno atrakcyjnie przedstawiały się kolorowe papugi, z których jedna wymawiała swoje imię, szalały lemury i przerażały krokodyle. Największe wrażenie wywarły jednak koty - tygrysy, w tym tygrys biały - czyli albinos któremu natura nie dała melatoniny, wytwarzającej odpowiednie ubarwienie. Siłę i majestat prezentowały lwy a grację i spryt gepardy. W Zoo można podobno zobaczyć niezwykle rzadkiego nosorożca białego, ale nam się chyba nie ukazał.

To było piękne 7 dni we Włoszech. Włosi są gościnni, bardzo ciepli - szczególnie do dzieci - o czym niejednokrotnie się przekonaliśmy. W mieszkaniu byliśmy regularnie zapraszani na kolacje i mimo pełnych żołądków - zgadzaliśmy się, bo to brzydko odmawiać. Włoscy mężczyźni może nie grzeszą temperamentem ale są bardzo łagodni i chętni by pomóc, ale to kobiety we Włoszech są prawdziwymi "głowami rodzin". Widzieliśmy to na własne oczy. Nie dziwi więc, że Włochy to naród, w którym mężczyźni jeszcze długo po 30 mieszkają wspólnie z mamusiami. Nie ma w tym nic złego, ale nie da się tego w zachowaniach i sposobie bycia ukryć. Będziemy tam chcieli wrócić.

Tekst i zdjęcia: Marcin, Marzena Bareła